…starym, spracowanym i w dobrym humorze

Piotr Kociołek

Jeden z bardziej skutecznych liderów XX wieku powiedział, że trzeba tak żyć, by umrzeć starym, spracowanym i w dobrym humorze. To przewrotny przepis dla wszystkich, którzy szukają recepty na szczęście. Skorzystajmy jednak z okazji zbliżających się Świąt i Nowego Roku, by się nad tym zastanowić i odkryć jak wiele w tym prawdy i zdrowego pragmatyzmu.

Postulat by umierać starym czy starą, wydaje się w dużej mierze poza naszym wpływem. Niemniej możemy dokładać starań, dbając o swoje ciało i zdrowie, by losowi przynajmniej w tym pomóc. Można jednak odejść od literalnego rozumienia starości mierzonej liczbą lat, a zacząć ją mierzyć życiową mądrością, zakumulowaną, zreflektowaną i przygotowaną do dzielenia się z innymi. Zobaczmy, że w takim świetle rzecz nabiera nowego wymiaru. Stawia pytania o to czy nie czekamy zbyt długo z „napisaniem własnej książki”? Znam dziesiątki osób, które – mając czterdzieści, pięćdziesiąt lat – mogłyby swoim doświadczeniem życiowym obsłużyć niejedno życie. Mimo to nadal pozostają w trybie niemal obsesyjnego myślenia o ciągłym rozwijaniu się i poszukiwania nowych wyzwań. Nie chcę być źle zrozumiany: uczyć się trzeba i warto, bez mała do ostatnich swoich dni. Pytanie jednak, kiedy uznamy się za wystarczająco dobrze rozwiniętych, by zacząć rozwijać innych, czerpiąc z własnych, przetworzonych doświadczeń? Nawet dojrzali, wysoko postawieni menedżerowie, nie tylko czytają kolejne książki i je obficie cytują, ale robią z nich lekturę obowiązkową w swoich organizacjach. Często są to pozycje pisane przez różnych amerykańskich „kaznodziejów”, którzy – kiedy spojrzeć w ich życiorysy – nie mieli ani więcej doświadczeń, ani lepszego wykształcenia od swoich polskich odpowiedników. Pytam często swoich klientów, ile jeszcze muszą przeżyć, by przejść z pozycji epigona na pozycję twórcy? Kiedy zaczną mówić w pełni swoim głosem? Owszem, czerpiąc z inspiracji innych twórców, ale integrując, syntetyzując te inspiracje z własnym doświadczeniem i krytyczną oceną treści podrzucanych przez różnych „guru” od zarządzania, przywództwa, motywacji czy skutecznego działania.

O spracowanie na koniec życia, być może, najłatwiej. Przynajmniej gdzieś do 55 roku życia… Potem już różnie bywa. Jeśli przydarzy się, mniej lub bardziej wymuszona, zmiana karierowa, łatwo odnaleźć się na zawodowym bocznym torze. Powroty do korporacyjnego wiru i walki nie zawsze są możliwe, a z wiekiem również coraz mniej chciane. „Zęby” nie są już tak ostre jak w młodości, spada tolerancja na presję, rośnie dystans i świadomość wartości wychodzących poza kategorie „wzrostu”, „poprawy marży”, czy „walki z kosztami”. Dlatego trzeba w miarę wcześnie, najlepiej gdzieś pomiędzy czterdziestką a pięćdziesiątką, zacząć myśleć o planie na drugą połowę życia. Gdy ktoś widzi się jako mentor czy coach, niech nie czeka z kształceniem w tym kierunku i korzystaniem z bieżącej pracy, by się w tych sztukach doskonalić. Podobnie z pracą w charakterze konsultanta, wykładowcy, doradcy wewnętrznego, członka rady nadzorczej, itp. Warto też zadawać sobie pytanie o właściwy moment „zejścia ze sceny”, myśleć o wychowaniu następcy i szukać dla siebie „projektu” na tyle ciekawego, by odbierał pokusę do różnych interwencji z „tylnego fotela”. (Praktyka uczy przy tym, że funkcjonowanie w roli mentora swojego bezpośredniego następcy może być dla obu stron na dłuższą metę zbyt trudnym doświadczeniem.)

Pozostaje jeszcze postulat zejścia z tego świata w dobrym humorze. Pisze się łatwo, gorzej z wdrożeniem. Cycero wymienia w swoim eseju o starości aż cztery powody, dla których bywa nam pod koniec życia smutno. Rozprawia się co prawda z nimi, powód za powodem, ale nadal marna to pociecha dla tych, którzy doświadczają galopującego czasu. Sam miewam humory, nie zawsze dobre, i wiem ile kosztuje uśmiech, życzliwa uwaga, wyraz wdzięczności, zwłaszcza wtedy, gdy mnie samemu z jakichś powodów nie do śmiechu. Pogodne usposobienie jest z pewnością efektem cech osobniczych, wynikających z wychowania, wrodzonego temperamentu, wieloletniej pracy nad sobą, historii życia i doświadczeń. W jakiejś jednak części, dobry humor zależy także od czynników zewnętrznych i „emocjonalnego kontekstu” w jakim sami się ulokujemy. Psychologia i etyka wskazują, że emocje są spontaniczną reakcją, wymykającą się naszej woli, indukowaną niejako z zewnątrz; dlatego też nie mogą podlegać ocenie moralnej (działanie pod ich wpływem, już owszem, tak). Długie przebywanie w środowisku, które daną rzeczywistość postrzega negatywnie, budowanie swojej opinii na jednorodnie negatywnym przekazie, sprawia, że wcześniej czy później nam samym udziela się atmosfera zagrożenia. Lęki urastają do nieracjonalnych rozmiarów, a podsycana zewnętrznie frustracja trwale odbiera dobry humor. Opisany fenomen może dotyczyć oceny organizacji, w której pracujemy, społeczności, której jesteśmy częścią, może też kształtować spojrzenie na nasze zawodowe lub prywatne problemy i koleje losu. Dlatego jeśli coś mogę w tej kwestii rekomendować, to szukać (w każdym możliwym aspekcie) ludzi, środowisk i przekazów konstruktywnych, budzących nadzieję – realistycznych, jak trzeba krytycznych, ale zawsze dostrzegających „pełną część szklanki”; pomagających też zobaczyć nasze smutki w perspektywie innych smutków tego świata. Przekarmienie pesymizmem rodzi w nas samych pesymizm, ale to statecznie my sami decydujemy czym się karmimy!

Zwłaszcza teraz, w przededniu Świąt Bożego Narodzenia, u progu Nowego Roku, chciejmy się zatem karmić nadzieją, życzliwością i dobrym humorem. Czego Państwu i sobie życzę!

Podobają Ci się nasze artykuły?

Zapisz się do newslettera!

Najciekawsze teksty dostaniesz jako pierwszy

Zapisz się

Następny Artykuł
Jak ogarnąć firmową Wigilię czyli komentarz do świątecznych webinarów z cyklu Compact Learning

Ostatnie artykuły

Czy praca jest dla wszystkich

„Ostatnio trafił mi się dzień załatwiania różnych spraw: urząd, trzy punkty usługowe, kilka sklepów. Czy akurat tak wyjątkowo źle trafiłam, czy obsługujący mnie mieli gorszy (fatalny!) tydzień, czy był to piątek trzynastego – nie wiem. I chyba w sumie nieważne. Jednostkowo i całościowo było to dla mnie tak męczące i przykre doświadczenie, że zaczęłam się zastanawiać, czy praca jest i powinna być dla wszystkich. Do tej pory śledząc malejące wskaźniki bezrobocia płynęłam na fali powszechnego entuzjazmu, jak to dobrze, że coraz więcej ludzi ma pracę, a coraz mniej nie. Po ostatnim moim doświadczeniu nie mam już tego optymizmu. Może tylko wmawiamy sobie, że każdy powinien pracować? Może tak byśmy chcieli, bo nie lubimy „darmozjadów”; bo lepiej, jak ludzie mają zajęcie, niż snują się bez celu po okolicy; bo przecież gdyby pracowali, nie byłoby biedy i różnych patologii… Ale może nie wszyscy ludzie nadają się do pracy? Przynajmniej do takiej, która wymaga kontaktu z drugim człowiekiem. Może tylko nam się wydaje, że szkoleniami i kursami z empatii, sprzedaży czy obsługi klienta można zmienić podejście/mentalność/zachowanie człowieka? Może są jednostki, które dla dobra społeczeństwa powinny nie pracować…? I lepiej wypłacać im stałą „pensję” (temat ten wraca zresztą zawsze przy okazji automatyzacji i perspektywy kurczącej się liczby miejsc pracy), niż próbować wbrew rozsądkowi zmusić ich do wykonywania zadań i czynności będących ponad ich siły?”
                                                                                                                                         Menedżer, firma doradcza