Czy faktycznie trzeba zmieniać miejsce pracy co 5-7 lat?

Paweł Gniazdowski

Teza ta wygłaszana jest z jakąś dziwną pewnością, jakby istniały badania, które mogłyby ją potwierdzić. Nie ma takich badań i trudno je sobie nawet wyobrazić. Bo po czym można niby ocenić dobre kariery? Subiektywne oceny respondentów i wynik, że ci, którzy zmieniali co 7 lat są najbardziej zadowoleni? Gdyby nawet coś takiego się wydarzyło, należałoby przeanalizować kryteria tego zadowolenia. Jeśli byłyby wystarczająco zróżnicowane, to i tak taki precyzyjny wynik uznałbym za mistycznie podejrzany.

A w ogóle po co zmieniać w jakimś "numerologicznym" okresie? Dla różnorodności i przeciwdziałania rutynie? Obserwacje profesjonalnych życiorysów, które prowadzimy w LHH DBM od 15 lat wskazują na trochę co innego. Otóż gdy spoglądamy na życiorysy ludzi, którzy zmieniali pracodawcę właśnie co te 5-7 lat, cóż widzimy?

Hanna zaczynała jako specjalistka ds. rozliczeń w firmie fińskiej, po trzech latach awansowała na księgową. Po kolejnych trzech latach niemiecki koncern zaoferował Hannie stanowisko starszej księgowej, czemu się nie oparła. Mimo 5 lat znakomitej pracy, nie udało się jej zostać główną księgową - jej szefowa cały czas była zbyt młoda na emeryturę. Ale Hania dostała takie stanowisko w polskiej spółce, gdzie po kolejnych 4 latach już zastanawia się co dalej i ma problem. Hanna z pewnością awansowała, ma coraz wyższą pensję i odpowiedzialność. Ale czy jej kariera jest różnorodna? Nie bardzo - w zasadzie cały czas jest księgową, nawet spółki, dla których pracowała i pracuje zajmują się mniej więcej tym samym. Bo wielkim atutem Hanny jako kandydatki był za każdym razem fakt, że "znała branżę".

A teraz spójrzmy na karierę Wojtka. Zaczynał jako jeszcze student w dziale marketingu bardzo znanej firmy FMCG. Tak się złożyło, że studiował finanse, co sprawiło, że firma zaproponowała mu po 2 latach stanowisko w dziale finansów. Wojtek był energiczny i lubiany, ale finanse go trochę nudziły, do tego ożenił się, wziął kredyt na mieszkanie, więc zapytał, czy nie może przejść do (lepiej płacącej) sprzedaży. I przeszedł - w ciągu kolejnych 8 lat drogę od przedstawiciela do szefa regionu. Pewno zostałby od razu szefem sprzedaży, gdyby nie zamieszanie po fuzji z inną znana firmą FMCG. To zamieszanie Wojtek przetrwał jako jeden z szefów projektów okresu reorganizacji. Bardzo tajemniczej nazwy tego stanowiska już nikt nie pamięta, ale generalnie Wojtek przez kolejne półtora roku zajmował się właściwie HRem. Następnie na dwa lata wylądował w marketingu jako szef najbardziej kluczowej w firmie kategorii. A potem wygrał wewnętrzny konkurs na szefa sprzedaży, którym jest do dziś, z nadzieją na zostanie dyrektorem komercyjnym lub jakąś funkcję europejską.

Kariery Hani i Wojtka trwają mniej więcej równie długo. Hania "modelowo" zmieniała pracodawcę co kilka lat, a firma Wojtka jest jego pierwszym i jedynym dotąd pracodawcą. Nie przesądzamy kto jest bardziej zadowolony - bo i Hania i Wojtek są zadowoleni. Ale paradoksalnie więcej różnorodności i zmian zaznał Wojtek, który nigdy nie zmieniał pracodawcy, a w życiu odbył może ze dwie rozmowy kwalifikacyjne. Wydaje się bowiem, że w praktyce bardziej uprawniona jest teza, że właśnie ci, którzy co kilka lat zmieniają pracodawcę, w zasadzie nie zmieniają nic poza tym - robią cały czas to samo. To bardzo typowe dla rynku pracy, a co więcej logiczne - nowy pracodawca bardziej zwraca uwagę na twarde kompetencje specjalistyczne niż na "miękkie" cechy osobowościowe, które rozpoznać w krótkim czasie trudno. Stąd obsadza kandydata z zewnątrz w roli, którą pełnił poprzednio. A firma, w której wychował się Wojtek poznała go na tyle, że wiedziała, że można mu powierzyć nowe zadania spoza specjalizacji, stąd miał on szanse spróbować wielu rzeczy.

Wniosek: kariera i rynek pracy to obszar, który jest szczególnie podatny na mitotwórczą działalność medialną. Bo niemal wszystkich to dotyczy, a zatem niemal wszyscy się na tym znają - jak bez mała na medycynie w czasach Stańczyka. Jednak tak jak w medycynie - trzeba być ostrożnym w krzewieniu takich mitów. Wszak primum non nocere...

Podobają Ci się nasze artykuły?

Zapisz się do newslettera!

Najciekawsze teksty dostaniesz jako pierwszy

Zapisz się

Następny Artykuł
Media społecznościowe w rekrutacji, 2017 – pobierz pełny raport

Ostatnie artykuły

Czy praca jest dla wszystkich

„Ostatnio trafił mi się dzień załatwiania różnych spraw: urząd, trzy punkty usługowe, kilka sklepów. Czy akurat tak wyjątkowo źle trafiłam, czy obsługujący mnie mieli gorszy (fatalny!) tydzień, czy był to piątek trzynastego – nie wiem. I chyba w sumie nieważne. Jednostkowo i całościowo było to dla mnie tak męczące i przykre doświadczenie, że zaczęłam się zastanawiać, czy praca jest i powinna być dla wszystkich. Do tej pory śledząc malejące wskaźniki bezrobocia płynęłam na fali powszechnego entuzjazmu, jak to dobrze, że coraz więcej ludzi ma pracę, a coraz mniej nie. Po ostatnim moim doświadczeniu nie mam już tego optymizmu. Może tylko wmawiamy sobie, że każdy powinien pracować? Może tak byśmy chcieli, bo nie lubimy „darmozjadów”; bo lepiej, jak ludzie mają zajęcie, niż snują się bez celu po okolicy; bo przecież gdyby pracowali, nie byłoby biedy i różnych patologii… Ale może nie wszyscy ludzie nadają się do pracy? Przynajmniej do takiej, która wymaga kontaktu z drugim człowiekiem. Może tylko nam się wydaje, że szkoleniami i kursami z empatii, sprzedaży czy obsługi klienta można zmienić podejście/mentalność/zachowanie człowieka? Może są jednostki, które dla dobra społeczeństwa powinny nie pracować…? I lepiej wypłacać im stałą „pensję” (temat ten wraca zresztą zawsze przy okazji automatyzacji i perspektywy kurczącej się liczby miejsc pracy), niż próbować wbrew rozsądkowi zmusić ich do wykonywania zadań i czynności będących ponad ich siły?”
                                                                                                                                         Menedżer, firma doradcza