"On jest swoim największym wrogiem…"

DOROTA SOIDA

To były pierwsze słowa, jakie usłyszałam o swoim przyszłym kliencie coachingowym. „Jest dla nas cennym pracownikiem. Bardzo zaangażowany, z dużym potencjałem. Ale jeżeli nie zmieni swojego podejścia do pracy, nie nauczy się delegować, zarządzać zespołem, to go stracimy. On się po prostu sam wykończy…”

Nasze pierwsze spotkanie odbyło się w miłej atmosferze. Grzegorz, menedżer zarządzający dużym obszarem produkcyjnym z kilkoma zakładami rozrzuconymi w Polsce opowiedział o swojej drodze zawodowej, szybkiej, błyskotliwej karierze, nie pozbawionej zwycięstw, ale i klęsk, z których podnosił się silniejszy. I oto siedzi naprzeciw mnie człowiek szczerze dumny z tego, kim jest i co osiągnął. I ma do tego pełne, uzasadnione prawo. Jego przełożony poinformował go: „że będzie coaching… bo biznes się rozwija i on tak dalej nie pociągnie, bo fizycznie nie da rady”.

Oglądam „film”, jaki swoją opowieścią tworzy Grzegorz. Oto hala produkcyjna. On, jak co dzień, odwiedza produkcję, rozmawia z ludźmi. Na podłodze śmieci. Grzegorz łapie za miotłę i sprząta. Dzwoni telefon - jest problem na innym zakładzie. Grzegorz wskakuje w samochód i pędzi na drugi koniec kraju, aby osobiście nadzorować jego rozwiązanie. W innym zakładzie brakuje ludzi. I znów jest tam Grzegorz i przeprowadza rekrutację. I tak dalej i tak dalej. Wszędzie jest. Od razu. Natychmiast działa. Nie ważne czy to zamiatanie podłogi, czy spotkanie strategiczne o rozwoju biznesu. A właściwie nie… Na spotkanie strategiczne zabrakło mu czasu…

Dzielę się z Grzegorzem moim wrażeniem: „Czuję, że jesteś dumny i zadowolony z pracy. Po prostu lubisz to, co robisz! I nie czuć motywacji do zmiany. Intelektualna konieczność jest, ale nie wewnętrzne pragnienie.” Grzegorz przyznaje mi rację: „Chyba jestem za bardzo zaangażowany” -  i od tego zaczęliśmy naszą wspólna pracę.

Nie chodzi o to, by być zaangażowanym mniej. Nie to jest celem coachingu! Jednak nie jest ważne, ile włożysz wysiłku – jeżeli nie ma oczekiwanych efektów, twój wysiłek nie ma znaczenia. Trzeba nauczyć się angażować mądrze i w swoje własne zadania, w to, za co Ci płacą. Jeżeli masz rolę zarządczą – to zarządzaj, a nie sprzątaj!

Minęło 8 miesięcy. Jadę na ostatnie podsumowujące spotkanie z przełożonym. Nie mam wątpliwości, że spotkanie będzie pozytywne. Będzie to spotkanie dwóch menedżerów na senioralnych stanowiskach. W ciągu ostatnich miesięcy Grzegorz zbudował zespół i nauczył go samodzielności. Sam zaangażował się w rozwijanie koncepcji biznesowych, z czego powstał nowy strategiczny projekt. Nie jeździ już tyle po Polsce, lecz regularnie spotyka się z zespołem oraz indywidualne z podwładnymi. Obszary odpowiedzialności zostały znacząco przesunięte w dół. Grzegorz już nie patrzy kierownikom na ręce, nie chwyta za miotłę, nie nadzoruje każdego trudnego momentu – choć zawsze pozostaje we wsparciu.

W trakcie naszej pracy były wyzwania – nie łatwo było Grzegorzowi zmienić sposób myślenia o sobie, zdjąć „krótkie spodenki z przeszłości i ubrać garnitur”. W końcu swój sukces zawdzięczał własnej pracy i zaangażowaniu, a ma to porzucić?

Jednak dziś ma pewność, że warto było włożyć energię w tę coachingową pracę. Grzegorz sam definiował, co dla niego możliwe na dziś, do jakich zmian i działań się zobowiązuje, jaki kolejny krok zrobi. Na naszych coachingowych spotkaniach ja tylko tworzyłam warunki i przestrzeń, w której on sam kreował siebie jako bardziej senioralnego menedżera, skuteczniejszego w działaniach na poziomach strategicznych, a równocześnie spokojniejszego, doświadczającego mniej stresu i wewnętrznej presji.

I to właśnie jest siła i piękno coachingu…

Podobają Ci się nasze artykuły?

Zapisz się do newslettera!

Najciekawsze teksty dostaniesz jako pierwszy

Zapisz się

Następny Artykuł
Jak przeżyć utratę pracy?

Ostatnie artykuły

Czy praca jest dla wszystkich

„Ostatnio trafił mi się dzień załatwiania różnych spraw: urząd, trzy punkty usługowe, kilka sklepów. Czy akurat tak wyjątkowo źle trafiłam, czy obsługujący mnie mieli gorszy (fatalny!) tydzień, czy był to piątek trzynastego – nie wiem. I chyba w sumie nieważne. Jednostkowo i całościowo było to dla mnie tak męczące i przykre doświadczenie, że zaczęłam się zastanawiać, czy praca jest i powinna być dla wszystkich. Do tej pory śledząc malejące wskaźniki bezrobocia płynęłam na fali powszechnego entuzjazmu, jak to dobrze, że coraz więcej ludzi ma pracę, a coraz mniej nie. Po ostatnim moim doświadczeniu nie mam już tego optymizmu. Może tylko wmawiamy sobie, że każdy powinien pracować? Może tak byśmy chcieli, bo nie lubimy „darmozjadów”; bo lepiej, jak ludzie mają zajęcie, niż snują się bez celu po okolicy; bo przecież gdyby pracowali, nie byłoby biedy i różnych patologii… Ale może nie wszyscy ludzie nadają się do pracy? Przynajmniej do takiej, która wymaga kontaktu z drugim człowiekiem. Może tylko nam się wydaje, że szkoleniami i kursami z empatii, sprzedaży czy obsługi klienta można zmienić podejście/mentalność/zachowanie człowieka? Może są jednostki, które dla dobra społeczeństwa powinny nie pracować…? I lepiej wypłacać im stałą „pensję” (temat ten wraca zresztą zawsze przy okazji automatyzacji i perspektywy kurczącej się liczby miejsc pracy), niż próbować wbrew rozsądkowi zmusić ich do wykonywania zadań i czynności będących ponad ich siły?”
                                                                                                                                         Menedżer, firma doradcza