Piłkarzyki czy joga? – rzecz o pułapkach w podejściu do work-life-balance

AGNIESZKA JAGIEŁKA

Aktywność zawodowa jako taka zawsze stanowiła i wydaje się, że będzie stanowić ważny element życia i tożsamości osobistej u osób z kolejnych pokoleń. To, co zmienia się na naszych oczach, to definicja pracy i życia zawodowego, która w przypadku młodych pokoleń staje się coraz szersza. Nie musi to być już zatem praca etatowa jako dominująca forma, jak to miało miejsce w przypadku X-ów czy Baby Boomersów. Praca dla młodych nie musi być ani stała, ani jednorodna, ani powiązana z jedną organizacją, ani koniecznie płatna. Podejrzewam, że przynajmniej część podejmowanych przez młodych wolontariatów - oczywiście nieodpłatnych - będą oni postrzegać jako pracę bardziej niż jako hobby. Co zresztą często jest zasadne. Natomiast takie podejście do aktywności zawodowej oczywiście utrudnia rozgraniczanie między tym, co jest służbową, a co prywatą sferą życia. To, że oba obszary się przenikają i coraz młodsi ludzie nie widzą w tym ani niczego złego, ani nic co zaburzałoby istotnie ich równowagę życiową, widać szczególnie mocno w tym, jak kreują swój wizerunek w mediach społecznościowych. Sądzę, że w przypadku poprzednich pokoleń to praca definiowała istotnie to, kim w ogóle życiowo byli ludzie, stanowiła znaczącą wykładnię ich tożsamości. Współcześnie coraz częściej obserwuję odwrócenie porządku. U młodych ludzi to, kim jestem, definiuje jaką podejmuję pracę i jaką jej wyznaczam rolę w moim życiu.

Jakkolwiek młodzi ludzie lubią używać określeń „work life balance” aby uzasadnić swoją potrzebę różnorodności zajęć, zadań i aktywności, nie wydaje mi się, żeby w istocie tej klasycznie rozumianej równowagi potrzebowali.

Sami kreują bardziej karierę patchworkową opartą na różnorodności projektów i zadań, które wybierają podług swoich pasji, zainteresowań i wartości.

Technologia z kolei jest tylko narzędziem i ułatwia komunikację, ale to jak i do czego bywa wykorzystywana jest już indywidualną decyzją. Oczywiście ten imperatyw bycia on-line 24/7 ułatwia komunikację i przesyłanie danych, w tym sensie pokusa, żeby część tej komunikacji przeznaczyć na sprawy zawodowe jest naturalna. Dla starszych  pokoleń korespondowanie o sprawach zawodowych po 21:00 czy w weekendy bywa jednak świadomym wyborem, czasem koniecznością, jednak z pełnym zrozumieniem, że jest to przekroczenie granic wyznaczonych na sferę zawodową. Dla młodszych odpowiadanie na zawodowe maile i smsy w weekendy czy w późnych godzinach wieczornych nie stanowią problemu.

Ciekawym byłoby sprawdzenie, jak podejście do pracy wygląda w różnych grupach wiekowych oraz czy motywacją do pracy w nadgodzinach to chęć czy konieczność. No i wreszcie, jaka jest korelacja między elastycznym czasem pracy a nadgodzinami. Większość firm, dla których pracujemy, wprowadziła elastyczny czas pracy, co w praktyce oznacza, że pracownicy często przychodzą do pracy znacznie później niż na 8:00 czy 9:00. W ciągu dnia korzystają z dłuższych przerw, wykorzystują opcje home office - gdzie zdarza się, że część dnia przeznaczają na sprawy osobiste.

Świadomość i potrzebę elastycznego podejścia do pracy ma coraz więcej pracowników. Oczywiście może to kończyć się potem pracą w weekendy czy w późnych godzinach wieczornych - i o ile ktoś nie rejestruje precyzyjnie czasu pracy - może rodzić poczucie pracowania w zwiększonym wymiarze godzinowym, co niekoniecznie jest faktem. Wydaje mi się jednak, że o ile z wielu względów takie podejście do pracy jest praktyczne i cenione przez część osób, trudno nazwać je "higienicznym". Bo rzeczywiście życie zawodowe i praca mieszają się tu istotnie. Pytanie o czas na odpoczynek i miejsce na niego, zarówno w wymiarze fizycznym jak i psychicznym, staje się tu zasadne. W takim trybie mówiąc wprost - trudno wypocząć. Jednak dla tych, choćby z młodszych pokoleń, dla których praca jest pasją, realizują w niej swoje zainteresowania i emocje, to satysfakcja jej towarzysząca często kompensuje zmęczenie. Zupełnie inaczej sprawa ma się z osobami, które pracują w klasycznym ujęciu 8-godzinnego dnia pracy, a dodatkowo jeszcze "zabierają pracę do domu".

Wśród naszych klientów w tej grupie dominują osoby w wieku między 35 a 55 rokiem życia, więc wciąż chyba jeszcze pokolenie X oraz młodsi podlegający silnej presji ze strony swoich organizacji i szefów. To często pracownicy firm, które w ramach dbania o work-life balance (bo zagadnienie jest modne), organizują załodze szkolenia na ten temat, czasem zapewniają zajęcia z jogi w ramach godzin pracy, oferują pakiet benefitów dający przynajmniej teoretycznie możliwości podjęcia aktywności fizycznej wspierającej regenerację. Ale jednocześnie te firmy mają bardzo wysokie oczekiwania, wyśrubowane cele wyznaczane ludziom, z roku na rok przyspieszają tempo pracy, liczbę  realizowanych projektów, zwiększa się ilość działań do raportowania... To pracowników niszczy i wypala. Brak zgody na zmianę sposobu pracy i zmniejszenie ilości spraw przypisanych jednej osobie jest źródłem problemu. Wierzę, że firmy nie muszą edukować pracowników z tego czym jest work-life balance, a raczej kreować warunki i tempo pracy, które realnie dają szanse na jego wdrożenie. I rzecz chyba nie tyle w kreowaniu ekstrawaganckiej przestrzeni przypominającej salę zabaw (piłkarzyki, hamaki, miękkie pufy) czy firmowych zajęciach z jogi, ile w innym ułożeniu treści i sposobu wykonywania pracy jako takiej. Jeśli większość firm pozwoliłaby pracownikom zadbać o ich work-life balance, zamiast ich z niego teoretycznie edukować - byłaby to realna zmiana.

Podobają Ci się nasze artykuły?

Zapisz się do newslettera!

Najciekawsze teksty dostaniesz jako pierwszy

Zapisz się

Następny Artykuł
O znajdowaniu sojuszników w pracy

Ostatnie artykuły

Czy praca jest dla wszystkich

„Ostatnio trafił mi się dzień załatwiania różnych spraw: urząd, trzy punkty usługowe, kilka sklepów. Czy akurat tak wyjątkowo źle trafiłam, czy obsługujący mnie mieli gorszy (fatalny!) tydzień, czy był to piątek trzynastego – nie wiem. I chyba w sumie nieważne. Jednostkowo i całościowo było to dla mnie tak męczące i przykre doświadczenie, że zaczęłam się zastanawiać, czy praca jest i powinna być dla wszystkich. Do tej pory śledząc malejące wskaźniki bezrobocia płynęłam na fali powszechnego entuzjazmu, jak to dobrze, że coraz więcej ludzi ma pracę, a coraz mniej nie. Po ostatnim moim doświadczeniu nie mam już tego optymizmu. Może tylko wmawiamy sobie, że każdy powinien pracować? Może tak byśmy chcieli, bo nie lubimy „darmozjadów”; bo lepiej, jak ludzie mają zajęcie, niż snują się bez celu po okolicy; bo przecież gdyby pracowali, nie byłoby biedy i różnych patologii… Ale może nie wszyscy ludzie nadają się do pracy? Przynajmniej do takiej, która wymaga kontaktu z drugim człowiekiem. Może tylko nam się wydaje, że szkoleniami i kursami z empatii, sprzedaży czy obsługi klienta można zmienić podejście/mentalność/zachowanie człowieka? Może są jednostki, które dla dobra społeczeństwa powinny nie pracować…? I lepiej wypłacać im stałą „pensję” (temat ten wraca zresztą zawsze przy okazji automatyzacji i perspektywy kurczącej się liczby miejsc pracy), niż próbować wbrew rozsądkowi zmusić ich do wykonywania zadań i czynności będących ponad ich siły?”
                                                                                                                                         Menedżer, firma doradcza