POD OSTRZAŁEM – dlaczego ludzie tracą pracę

Paweł Gniazdowski

Istnieją dwie popularne, medialne narracje na temat zarysowany w tytule.

Narracja pierwsza, nazwijmy ją liberalną: tracisz pracę, bo jesteś nieudacznikiem, który nie dał sobie rady w nowoczesnym świecie, nie zadbał o rekwalifikację, mentalnie pozostał na poprzednim (jakkolwiek rozumianym) etapie, nie rozwinął się. Jak tak dalej pójdzie, nic z ciebie nie będzie, wykoleisz się.

Narracja druga, nazwijmy ją lewicową: tracisz pracę w wyniku bezduszności współczesnego kapitalizmu, który w pogoni za zyskiem nie dba o ludzi, bo skupiony jest wyłącznie na zaspokojeniu anonimowych i demonicznych kolesi zwanych akcjonariuszami, czasem inwestorami.

Nie, nie śmiejmy się. W obu narracjach jest trochę prawdy. Na przykład w firmie X ze względów nie snobistycznych ale praktycznych coraz bardziej przydaje się znajomość angielskiego. Nie podejmujesz próby uczenia się tego języka – nie zdziw się, że przy pierwszej okazji kierownictwo uzna, że może ktoś inny przejmie twoje zadania, a ty zostaniesz poproszony o polubowne zakończenie współpracy. Czy z drugiej strony: masz doskonałe wyniki, wysokie premie, ale robisz się za drogi – ktoś (w ramach myślenia o podniesieniu wartości firmy) wpada na pomysł, że na tak dobrze rozwiniętym rynku może ktoś dużo tańszy (i przy okazji młodszy) osiągnie niewiele mniej, a z czasem i więcej. I także zostaniesz poproszony o polubowne zakończenie współpracy – w tym przypadku pewnie z dużo większą odprawą i outplacementem

Jednak w życiu przeważają scenariusze pośrednie. Tak, jednym z nich jest utrata pracy w wyniku nie dawania sobie rady lub nawet z przyczyn dyscyplinarnych. Zwolnienia z przyczyn leżących po stronie pracownika nie są jednak częste. Pewna mitręga prawna, która wiąże się z ich wręczaniem i uzasadnianiem powoduje, że firmy często wolą zainwestować w próbę „podciągnięcia” pracownika. A zwolnienia z powodu pijaństwa czy kradzieży choć zdarzają się w Polsce 2018 roku, ale znacznie rzadziej niż 20-30 lat temu.

Częściej zwolnienia wymuszane są sytuacją rynkową lub specyficzną sytuacją ekonomiczną przedsiębiorstwa. Pracujesz dobrze i spokojnie. A tu nagle kierownictwo ogłasza, że firma ma straty i musi dokonać restrukturyzacji. Nie wiesz czy to ktoś zrobił błąd, czy konkurenci podkupili dotychczasowego kluczowego odbiorcę, czy po prostu popyt na produkty twojej firmy spada. Efekt ten sam: twoja praca jest już mniej lub w ogóle niepotrzebna i otrzymujesz wypowiedzenie.

A czasem jest tak: firma nie ma strat i slajdy mówią, że dobrze idzie. Ale ktoś (konsultant? inwestor? ambitny menedżer?) przewiduje, że może być gorzej. Bo zmiany, bo konkurencja, bo spadek cen. I decyduje, aby zawczasu ograniczyć koszty. Taka przezorność, nawiasem mówiąc, jest bardzo chwalona przez różnych guru biznesu, gospodarczą prasę i analityków. I faktycznie, bywa, że naprawdę ratuje ona firmę przed bankructwem, a nie jedynie podnosi zyski akcjonariuszy. Co ci z tego – ty i tak dostajesz wypowiedzenie, nawet jeśli nikt nie czepia się twojej pracy czy wyników.

A bywa i tak, że firmie idzie dobrze. I dalej będzie dobrze. Jednak właściciele twojej firmy dogadali się z właścicielami innej firmy (której też dobrze idzie), że się połączą. I wtedy pojawia się słówko „synergia” – jeśli się połączymy, to niektóre stanowiska będą zdublowane, czyli część z nich będzie niepotrzebna. Jeśli masz pecha, bo chodzi m.in. o twoje stanowisko - dostajesz wypowiedzenie.

Wreszcie wróg twojej stabilizacji zawodowej, o którym ostatnio najgłośniej – automatyzacja. W zasadzie cały XXI wiek to jakby wielkie światowe zawody młodych i piekielnie zdolnych ludzi w tym, jak zastąpić pracę człowieka rozwiązaniem informatycznym, telekomunikacyjnym, outsourcingowym czy po prostu jakimś robotem. Owszem, powstają jednocześnie nowe zawody i stanowiska, ale jakby raczej dla twoich dzieci. Jedni mówią, że to nieuchronny postęp, inni, że niezdrowe ambicje dorównania nowoczesności, a jeszcze inni, że chodzi o stary dobry zysk. Tak czy inaczej, dostajesz wypowiedzenie, a twoją pracę wykonuje jakaś maszyna czy uroczy, choć nieco metaliczny głosik z infolinii.

Najgorsze, że większość tych powodów jest niezależnych od tego, czy gospodarka pędzi w górę czy spada na łeb na szyję. A co to będzie, jak obecna hossa przeminie?

Podobają Ci się nasze artykuły?

Zapisz się do newslettera!

Najciekawsze teksty dostaniesz jako pierwszy

Zapisz się

Następny Artykuł
"On jest swoim największym wrogiem…"

Ostatnie artykuły