Praca w czasie pandemii wyczerpuje zasoby pracowników

Renata Grelewicz

Żyjemy obecnie w takich okolicznościach, w których większość tematów dotyka pandemii i zjawisk z niej wynikających. W sferze zawodowej niewątpliwie numerem pierwszym stała się praca zdalna. Jest pokazywana w różnych odsłonach, często wokół wyzwań po stronie pracodawcy. Ale czy są też wyzwania po stronie pracownika? Czy raczej jest to długo przez pracowników oczekiwany, a niespodziewany od „koronawirusa” bonus? Wreszcie praca zdalna stała się możliwa, nawet w tych zakładach pracy, w których wcześniej była czymś niewyobrażalnym i niedostępnym. Jaki smak ma teraz? Czy nadal jest bonusem od pracodawcy, czy raczej przymusem i dodatkowym obciążeniem?

Już w 2017 r. w raporcie ONZ stwierdzono, że 41 procent pracowników pracujących zdalnie zgłosiło wysoki poziom stresu, w porównaniu z zaledwie 25 procentami pracowników biurowych. Przebadano 1153 pracowników i ponad połowa uważa, że ich koledzy nie traktują ich jednakowo. Mają poczucie, że są źle traktowani i pomijani. W szczególności martwią się, że współpracownicy mówią źle za ich plecami, wprowadzają zmiany w projektach bez uprzedniego informowania ich, lobbują przeciwko nim i nie walczą o ich priorytety (patrz: wykres poniżej.

Źródło:

https://hbr.org/2017/11/a-study-of-1100-employees-found-that-remote-workers-feel-shunned-and-left-out

Aktualnie negatywne strony pracy zdalnej nabierają dodatkowego kolorytu, u pracowników pojawia się dominujące uczucie zmęczenia i poczucie bardzo intensywnej pracy. Większość, z którymi rozmawiam mówi, że czują się tak zmęczeni, jakby pracowali 24 godziny na dobę i że  praca w domu okazała się bardziej wyczerpująca zarówno psychicznie, jak i fizycznie niż wcześniej zakładali.

Najwięcej energii pochłaniają spotkania online, czyli wszystkie te aktywności oparte o obsługę różnych komunikatorów i narzędzi do wspólnej pracy zdalnej, czyli zoomy, teamsy, itp. Zmęczeni są zarówno prowadzący spotkania, jak i ich uczestnicy. Cała uwaga jest skoncentrowana na rejestracji obrazu wyświetlonego na szybie monitora, a następnie na jego przetworzeniu i odczytaniu w formie nam znanej. Musimy sami stworzyć sobie pełen obraz, dopowiedzieć go, a to wymaga wysiłku. W bezpośrednim kontakcie obraz ten dopełnia się poprzez używanie wszystkich zmysłów i obserwację mowy ciała i jest rejestrowany w czasie rzeczywistym, więc wysiłek dla naszego umysłu znacznie mniejszy.

Gianpiero Petriglieri, profesor ds. zachowań organizacyjnych w INSEAD oraz ekspert w zakresie przywództwa mówi, że rozmowa wideo wymaga większego skupienia niż spotkanie twarzą w twarz, „nasze umysły są razem, gdy nasze ciała czują, że nie jesteśmy. Ten dysonans, który powoduje, że ludzie mają sprzeczne uczucia, jest wyczerpujący”. https://www.bbc.com/worklife/article/20200421-why-zoom-video-chats-are-so-exhausting  

 

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kontekst i otoczenie, w którym jesteśmy. Z podwójną uwagą nasłuchujemy sygnałów od innych osób, zastanawiamy się, czy ktoś, kto akurat zabrał głos, już skończył, czy ktoś inny chce coś dopowiedzieć, a jak pojawia się cisza, to zastanawiamy się, co ona oznacza, czy jest wynikiem zakłóceń technicznych, słabego dźwięku, zamrożonego obrazu, czy po prostu skupienia na treści rozmowy i towarzyszącej temu refleksji.

Napięcie rośnie też dlatego, że nigdy jeszcze tak długo na siebie samego nie patrzyliśmy. A jak jesteśmy prowadzącym spotkanie, to może pojawić się dodatkowa mobilizacja, bo nigdy jeszcze tak długo inni nie patrzyli na nas. Wydaje nam się, że wszystkie oczy są skierowane na nas. I ciężko się powstrzymać od myśli, czy dobrze wyglądam, czy jestem dobrze rozumiany, czy mnie wszyscy słyszą, czy mam za sobą odpowiednie tło, czy przypadkiem nie wtargnie nagle do pokoju dziecko, pies, czy inny domowy „zakłócacz”. A im ważniejsza rozmowa, tym wewnętrzna kontrola i mobilizacja większe. Ciężko też jest nam, jak nie mamy bezpośredniego responsu z drugiej strony, jak nie widzimy reakcji wszystkich uczestników, nie słyszymy sygnałów świadczących o zainteresowaniu, tudzież pojawiającym się zmęczeniu. Każdy sygnał w tych okolicznościach byłby na wagę złota. A w wirtualnej rzeczywistości trudno to uzyskać, nawet twarze uczestników pojawiają się albo niewyraźne, albo poupychane w małych prostokątach, jak na szachownicy.

Jedno z badań przeprowadzonych w 2014 r. przez niemieckich naukowców wykazało, że opóźnienia w systemach telefonicznych lub konferencyjnych negatywnie ukształtowały nasze poglądy na ludzi: nawet opóźnienia 1,2 sekundy sprawiło, że ludzie postrzegali respondenta jako mniej przyjaznego lub skoncentrowanego.

https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S1071581914000287

To wszystko stresuje, napina i kosztuje, a ciało mobilizuje do bycia w ciągłej gotowości. Nasze myśli i obawy są odczytywane przez system nerwowy jako zbliżający się sygnał zagrożenia. Ludzki mózg nie rozróżnia realnego zagrożenia od wyobrażonego, więc przygotowuje całe ciało do aktywności: walki lub ucieczki. Siedząc przed monitorem ta akcja oczywiście nie jest możliwa, a wydzielona adrenalina nadal jest w naszym obiegu, a jak jest zbyt długo, to spada nasza odporność, stąd poczucie napięcia, zmęczenie, czy wręcz wyczerpania. A im silniejszą mamy tendencję do interpretowania zdarzeń w sposób nam zagrażający, tym napięcie i utrata energii większe.

Co by się więc musiało zmienić w pracy online, żebyśmy dłużej pociągnęli?

Przypomina mi się tutaj jedna z prostszych metod wykorzystywana w zarządzaniu czasem, której stosowanie zwiększa prawdopodobieństwo pracy z pełną koncentracją - technikę pomidora. Technika ta polega na przeplataniu okresów intensywnej pracy z krótkimi przerwami. Jej autor Francesco Cirillo w czasie, gdy był studentem, zadał sobie pytanie właśnie o to, czy potrafi skupić się na jednej czynności przez pewien czas. Doszedł do wniosku, że niestety nie jest to dla niego wykonalne. W związku z tym wziął kuchenny timer w kształcie pomidora, nastawił go i pilnował tego, by pracować intensywnie w czasie, jaki sobie wyznaczył. W klasycznej formie technika pomidora to 25 minut intensywnej pracy, po których następuje pięciominutowa obowiązkowa przerwa. W jej trakcie należy oderwać się od wykonywanego zadania i zająć czymś innym. Po przerwie następuje powrót do pracy nad kolejnym pomidorem, a po czterech pomidorach robi się dłuższą 10-minutową przerwę.

Opcją jest rozważenie, aby firmy pozwalały pracownikom przyjść na 1 – 2 dni w tygodniu do biura, bo to już daje dużą odmianę i oddech. A może gdy ruszą przedszkola i żłobki to problem sam się rozwiąże…

Podobają Ci się nasze artykuły?

Zapisz się do newslettera!

Najciekawsze teksty dostaniesz jako pierwszy

Zapisz się

Następny Artykuł
Efektywność czyli rzecz o chronotypie, planowaniu i złodziejach czasu

Ostatnie artykuły